![Rock na Bagnie 2026 [FOTORELACJA]](https://api.fleszevents.pl/uploads/maleo_0035_64cf83d345.jpg)
Pisanie relacji z dwóch festiwali bez żadnych notatek to spory akt odwagi - albo po prostu czyste szaleństwo. Szczególnie wtedy, gdy siada się do tekstu dopiero dwa tygodnie po wybrzmieniu ostatnich koncertów. Całkowicie polegając na własnej pamięci, wracam jednak do tamtych chwil, by odtworzyć klimat i emocje, jakie towarzyszyły nam podczas 16. edycji festiwalu Rock na Bagnie.

Przyjazd do Goniądza i bifor z Radiem Bunt
A zaczynamy od czwartku, czyli dnia sprzed startu całej imprezy. Do Goniądza zawitaliśmy grubo po godzinie 20, mijając ładny zachód słońca, który objawił się podczas corocznego przejazdu Carską Drogą (albo inaczej mówiąc łosiostradą). Po szybkiej przejażdżce przez centrum Goniądza, dojechaniu na miejsce i wyładowaniu pierwszych rzeczy, ruszyliśmy ku polu namiotowemu, na którym standardowo roiło się już od pierwszych festiwalowiczów, ale podobnie jak rok temu, miejsca na namiot było całkiem sporo. Powiem więcej, wydaje mi się, że w tym roku było jeszcze luźniej, więc z ustawieniem namiotu z wyjściem skierowanym na scenę nie było większych problemów. Ok, dzień później już ktoś nam ten widok deczko zasłonił, ale tu wjeżdżają one...krzesełka z Decathlonu!
Nie idzie jednak nie wspomnieć o jednej, smutnej rzeczy. O znajdującym się po drugiej stronie drogi Arhelanie, który w lutym tego roku zakończył swoją działalność. Szybkie wypady do sklepu, choćby po durnego batona, co by se podbić cukier, dobiegły końca, a o tych wszystkich spędach festiwalowiczów i tych kolejkach, którym mimo wszystko zawsze towarzyszył specyficzny vibe, nawet nie wspominam. Śmiechem żartem, więcej osób zostało przez to zmuszonych do odwiedzania goniądzkiego Rynku, o którym więcej wspomnę później.
Szybkie zakwaterowanie, przywitanie z sąsiadami i późnym wieczorem zaliczyliśmy pierwsze mini koncerty. Nie udaliśmy się jednak na Rynek, gdzie grała już Mała Scena, lecz tym razem wybraliśmy się na tzw. Noc na Bagnie, której gospodarzem było Radio Bunt. W tym roku w roli gości specjalnymi wystąpiły Śmiejące Się Lwy (zeszłoroczne gwiazdy festiwalu) oraz Alex Donsky ze swoją solową sztuką. Ten drugi to jest nasze małe objawienie. Nie wiemy, na jakim parostatku gość przypłynął do Goniądza, ale jego muzyka oraz taneczny układ (tak, chłop nawet tańczył) sprawiły, że w moment skradł nasze serca. Co ciekawe, w 2019 roku Alex, wraz z zespołem Dik Forest, brał udział w przesłuchaniach Grunt to Bunt Fest na otwieracza Bagien. My go widzimy w przyszłości na Małej, a nawet na Dużej Scenie. A skoro o Dużej Scenie mowa, to równoległe odbywała się próba świateł oraz wieszano pierwsze banery. Odruchowo przechrzciłem ekipę na „technicznych”, a de facto byli to zwykli wolontariusze

Było już grubo po pierwszej w nocy, ale zamiast grzecznie położyć się spać...poszedłem na nocny seans ze Shrekiem 2. Tak, jeden z uczestników puścił z rzutnika drugą część przygód zielonego ogra, ale nie wysiedziałem jakoś długo i po scenie z królem Haroldem i Wróżką Chrzestną udałem się na spoczynek.
Otwarcie festiwalu i pierwsze muzyczne uderzenia
Piątkowy poranek przywitał nas chłodno. A przynajmniej chłodniej, niż na odbywającym się jeszcze tydzień wcześniej Bangarang Festival. Co się jednak okazało, że szarówa szybko przeszła bokiem i ok. południa zrobiło się zdecydowanie cieplej. Na godzinę 14:00 zaplanowano otwarcie Dużej Sceny, więc postanowiliśmy wybrać się na Rynek, aby zobaczyć, co się dzieje w Goniądzkim Ośrodku Kultury oraz na Małej Scenie, której autorem był ś.p. Andrzej Talewicz. Akurat trwała przerwa, więc szybko skoczyliśmy do osiedlowego sklepiku po regionalne Biebrzańskie, a ok. godziny 12, po mocnej obsuwie, na scenie pojawił się Szpitalny Oddział Rozrywkowy, w skrócie S.O.R. Koncert nieszczególnie wzbudził u nas zainteresowanie, ale znalazła się jedna dusza, która aż za bardzo postanowiła wyrazić swoją ekscytację koncertem, co chwila tocząc zaciekły bój z barierką.

No dobra, piwo opróżnione, jakieś foty strzelone, to można wracać na plażę, znaczy się, na pole namiotowe, bo 14 już tuż tuż. Mniej więcej 5 minut przed startem na Dużej pojawił się pochodzący z Wrocławia zespół Wylew, jeden z dwóch otwieraczy tegorocznego Rock na Bagnie, wyłoniony z przesłuchań Pakamera TV. Po krótkim, ale mocnym otwarciu nastąpiło oficjalne rozpoczęcie festiwalu, m.in. z udziałem burmistrza Goniądza Grzegorza Dudkiewicza, Oi!ca Dyrektora Jacka Żędziana oraz pani prezes Fundacji na rzecz Rozwoju Powiatu Monieckiego Anny Porębskiej.

Po „odgwizdaniu" startu, muzyczna machina ruszyła dalej. Na scenie pojawił się zespół Spittle, a po nich prawdziwa petarda...SKA Petarda (klap klask, klap klask). Mimo mojego wstępnego, ambiwalentnego stosunku do pierwszego dnia, to o dziwo bawiłem się dobrze. Zwłaszcza licząca ośmiu członków SKA Petarda energetycznym krokiem porwała wszystkich do tańca. Miłe zaskoczenie. Nie zwalniamy tempa, bo to na scenę wkroczył zespół Strajk z Konradem Wojdą na czele. Byłem na wielu koncertach Farben Lehre (łącznie z zeszłorocznym na Bagnach), ale chyba pierwszy raz widziałem szczerzącego się od ucha do ucha młodszego z braci Wojda (albo byłem po prostu do tej pory ślepy).

Szybki wypad na obiad i za chwilę z powrotem pod scenę, bo następny w kolejce do siania rozpierduchy szykował się Zenek Grabowski (do 2024 roku tytułujący się jako Zenek Kupatasa). „Gruby grubas” nie tracił chwili i od razu wskoczył w pogo z publiką, a gdy już władował się stage, to poleciał przekrojowy set, tradycyjnie uzupełniony paroma numerami z ery Kabanosa. Boże, jak ja dawno nie słyszałem „Czołgu"! Po Zenku przyszła pora na innego reprezentanta wrocławskiej sceny, zespół Hurt, którym towarzyszyły...misie Haribo.

Następny gość, Maleo, przybył do Goniądza, świętując 40-lecie swojej działalności. Koncert w dużej mierze oscylował w spokojniejszych rytmach reggae, przez co nie zagrzałem w fosie długo czasu, ale nie zabrakło też mocniejszych uderzeń. Maleo w towarzystwie Gumy z zespołu Moskwa zagrali m.in. „Powietrza”, „Nigdy”, czy „Samobójstwa”. Nim ten trzeci numer poleciał, byłem akurat gdzieś w połowie pola, aż tu nagle słyszę gitarzystę, który pyta się publiki, czy może spełnić swoje marzenie i tam do nich zejść. Szybka kalkulacja, co się właśnie święci...i dziiiiiiida pod scenę! Intuicja nie zawiodła. Przecisnąwszy się między ludźmi, moim oczom ukazał się mały kocioł, a w jego środku wspomniany pan szarpidrut.

Wieczór zwieńczyli Hugh Cornwell (współzałożyciel, pierwszy gitarzysta i wokalista The Stranglers), legenda brytyjskiego punk rocka Buzzcocks oraz nasi rodacy z One Million Bulgarians. Ci ostatni nie tylko zagrali swój set, ale również zaprosili na scenę Tadeusza Trznadela, wokalistę Red Star, z którym wykonali program Jarocin '86. Po tym wszystkim pierwszy dzień koncertów dobiegł końca, ze znacznym poślizgiem, dobiegł końca.
Sobotnia jazda bez trzymanki
Sobota przywitała nas opadami deszczu. Rozpoczęliśmy dzień od porannej kawy i krótkiego obchodu w okół festiwalu. Akurat we wczesnych godzinach próbę dźwięku miała gwiazda wieczoru dzisiejszego dnia, The Toy Dolls! Poszedłem pod sceną, gdzie przy barierkach spotkałem wokalistę Śmiejących Się Lwów, z którym uciąłem krótką rozmowę na temat gitar oraz wpływu drewna na brzmienie (temat tabu). W tym samym czasie Olga z The Toy Dolls stroił swojego Telecastera.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy przed siebie. Koniec końców wylądowaliśmy pod namiotem Gminnego Ośrodka Kultury w Goniądzu, gdzie właśnie miały rozpocząć się warsztaty z tworzenia makramy. Zostawiłem Pancerżabę i sam powędrowałem do namiotu na szybkie czyszczenie aparatu. W tym samym czasie na Dużej zaczął stroić się Dezerter. Sprzęt ogarnięty, można wracać. Podszedłem nad Biebrzę, spojrzałem w górę i zobaczyłem złoooooo! Choć silne podmuchy wiatru zapowiadały nadchodzącą ulewę, aura okazała się łaskawa i skończyło się na krótkim, łagodnym opadzie.
Wybiła godzina 14:00, a na scenie pojawił się drugi zwycięzca Przeglądu i zarazem drugi otwieracz Rock na Bagnie, warszawska grupa Chryja! Rapcore w Goniądzu? To się nie śniło fizjologom! W tym miejscu wielkie propsy dla Łukasza z Pakamery TV, bo gdyby nie konkurs kapel, to pewnie nie byłoby też Chryji na Bagnach. Panowie rozpoczęli drugi dzień koncertowy z wysokiego „C”, prezentując materiał ze swojej EP-ki „Kolor Zielony”. Było dużo biegania, skakania, a pod sceną rozkręciło się małe pogo (co jak na tak wczesną porę było sukcesem). Skład tworzy pięciu kolesi, ale największą zagadką pozostaje szósta postać, tajemniczy TV-Guy, który co jakiś czas schodził do publiki. Nikt właściwie nie wie, co się kryje pod kineskopem (a może nic tam nie ma?).

Kolejny zespół zaczął koncert nietypowo od ogłoszenia...że chyba jednak do niego nie dojdzie, gdyż Supergrupa 81 posiała gdzieś wokalistę. Jednak po chwili namysłu muzycy stwierdzili, że spróbują poradzić sobie bez kolegi. Ledwo zagrawszy pierwsze takty „Bo jo cie kochom”, niespodziewanie w tłumie pojawiła się blond-włosa zguba. Kapela w pełnym składzie przeszła do regularnego setu. W trakcie koncertu poleciały w stronę publiki „banknoty”, które rzekomo można było wymienić na jakieś gadżety, ale nie sprawdziliśmy tego. Koncert zwieńczył cover „Anarchy in the U.K.”.

Lecimy dalej, a na scenie już jest kolejny, polski zespół - Fight Your Fear. Grupa powstała w Irlandii w 2018 roku, a ekipie nie obce jest ostry hard core jak również lżejsze, wręcz rockowe granie, czego zresztą mogliśmy doświadczyć w Goniądzu. Na szczególne uznanie zasługuje wokalistka Sylwia, która wręcz kipiała energią i wszystkich zarażała swoim tanecznym krokiem. Po trzech mocnych składach przyszła pora na chwile wytchnienia, którą zaserwowała Kooperacja.

Czas na kolejnych reprezentantów młodego pokolenia, zespół Stacja B! To pierwszy wykonawca dzisiejszego dni,a który przyciągnął ogromną rzeszę festiwalowiczów. Serio. Tłum ciągnął się mniej więcej do „bramek” prowadzących na boisko przy scenie i już od pierwszych minut rozpętało się solide pogo. W naszej historii przeżyliśmy dwa spotkania ze Stacją B., ale za każdym razem na koncercie panuje żywiołowa atmosfera i świetna zabawa.
Kiedy Stacja B. rządziła na scenie, Pancerżaba przeprowadzała pierwszy w historii FleszEvents wywiad, którego gości byli wolontariusze Rock na Bagnie.
Występ Stacji B. okazał się zaledwie skromną przystawką przed pierwszym, prawdziwie konkretnym daniem - amerykańską formacją ZEKE. Chłopaki z Seattle wyraźnie wyszli z założenia, że nie ma co tracić energii na zbędne gadki i od pierwszych sekund przeszli do bezpardonowej nawalanki. Jeśli chcecie to sobie wyobrazić, odpalcie na YouTube numery takie jak „Two Lane Blacktop”, „Chinatown”, „Dölphenwülf” czy chociażby składankę „ZEKE BEST”, a potem podbijcie prędkość odtwarzania do poziomu x1.5 albo nawet x2. Tyle wystarczy, żeby poczuć ułamek tego, co działo się pod sceną w Goniądzu. Zastanawiam się tylko, czy to był odosobniony zryw, czy oni na każdym gigu narzucają aż tak mordercze tempo?
Niezwykle osobliwy był także styl komunikacji wokalisty, Blinda Marky’ego Felchtona. Z jednej strony potrafił rzucić ze sceny czymś w stylu: „Kolejny kawałek jest z nowej płyty, która zaraz wychodzi. Chyba czaicie, co do Was mówię? A zresztą, h* z tym!”. Z drugiej - zapowiadając kolejne rzeźnickie utwory, sprawiał wrażenie, jakby po prostu wyrzucał z siebie ciąg całkowicie losowych zgłosek. Spróbuję to zobrazować. Głęboki wdech i... „brylylyrypaparapabryly”. Albo jakoś tak.

Po bardzo ciekawym eksperymencie społecznym, ponownie zwalniamy tempo, dzięki zespołowi Świat Czarownic. Nie przyzwyczajamy się jednak za bardzo, ponieważ zaraz po nich na Dużej pojawili się kolejni zwolennicy szybkiego, choć już zdecydowanie bardziej melodyjnego grania - Australijczycy z The Cloverhearts! Nie wiem, czy jest sens tłumaczyć komuś, czym jest celtycki punk i jakie dobrodziejstwo ono ze sobą niesie. Ten rodzaj muzyki broni się z definicji i naprawdę trzeba być wyjątkowo niezdarnym, żeby nie wycisnąć z tego gatunku chociaż przyzwoitych 30%.
Na szczęście The Cloverhearts, mimo krótkiego stażu na scenie oraz pochodzenia z kraju, w którym na każdym kroku coś próbuje cię zabić, opanowali ten gatunek do perfekcji. Cała ekipa tworzy jeden organizm, którego członkowie komunikują się chyba telepatią i nikt nikomu nie włazi w drogę (a trzeba zaznaczyć, że trochę ich tam na tej scenie jest). Tańcowania, darcia ryja oraz latania na fali (łącznie z basistą) nie było końca. Nawet Pancerżaba poszła w pogo z kamerką! Jak przystało na celtycki punk, nie mogło również zabraknąć takich instrumentów jak dudy czy flet. Koncert bez wątpienia przejdzie do historii jako jedno z lepszych doświadczeń, zarówno muzycznych jak i moich operatorskich (bieganie z 1.2kg zestawem i „strzelanie” z jednej ręki? da się!)
Niedawno na FB padło pytanie, czy wolimy więcej zespołów polskich, czy zagranicznych. Ja powiem tyle: Finnegan's Hell (kto był na Woodstocku 2016, ten doceni). Ewentualnie In Extremo, chociaż tu już ocieramy się o folk z metalem.

Po takim show nie było innej opcji, jak tylko zrobić sobie wspólne zdjęcie z zespołem. O tym samym pomyślało też sporo innych osób, które masowo ustawiły się w kolejce po płyty, autografy i fotkę. Równolegle od jakiś 15-20 min grał już Dezerter, więc jak tylko skompletowaliśmy wszystkich muzyków, tym pędem udaliśmy się pod scenę. Sam koncert tradycyjnie petarda.
Jeśli zaś chodzi o The Toy Dolls, to doznałem lekkiego rozczarowania. Nie żebym wcześniej miał wielkie oczekiwania. Bardziej traktowałem ten koncert jako ciekawostkę, niż peak moich marzeń. „Dig That Groove Baby” czy „Nellie the Elephantł” to klasyki, których rzecz jasna nie mogło zabraknąć, lecz nie miałem czegoś takiego, że jeżeli teraz sobie pójdę, to później będę tego żałował. W ogóle. Połaziliśmy po polu, spotkaliśmy basistę Power of Love, udaliśmy się na most, stamtąd obejrzeliśmy część występu i tyle. Wróciłem dopiero na sam koniec i po paru minutach zespół uciekł za scenę.

Ostatnia gwiazda tegorocznego Rock na Bagnie, TZN Xenna, świętująca 45 lat od powstania zespołu i 15 od reaktywacji. Przyznam się bez bicia, że twórczość TZN Xenna również nie jest mi jakoś bliska, tak więc zrobiłem zdjęcia i wróciłem dopiero na zakończenie.
Zakończenie z ST Bagno
Dobrnęliśmy do końca. Tegoroczne zakończenie było zgoła inne od zeszłorocznego. Tym razem Stage Team przygotował niespodziankę i wykonał autorski numer (czyżby nowy hymn festiwalu?).
Po tym muzycznym wstępie przeszliśmy do podsumowania 16. edycji Bagien z udziałem wszystkich wolontariuszy oraz tradycyjnego duetu w składzie: Jacek Żędzian oraz Anna Porębska. Potwierdzono, że 17. edycja Rock na Bagnie odbędzie się na plaży nad Biebrzą, a niecałe 2 tygodnie później ukazało się oficjalne wydarzenie na FB. Z rzeczy mniej przyjemnych. Wiosną 2027 roku ma w końcu ruszyć budowa zapowiadanego muzeum, w związku z czym na 99% na terenie festiwalu zabraknie pola namiotowego.
Na słowo komentarzu zasługuje również strefa piwna, która w tym roku nie zaprezentowała się z dobrej strony. Specjalnie nie podaję nazwy nowego browaru, ale widok nie podłączonych i pozostawionych samym sobie kranów (sztuk kilka) wyglądał co najmniej dziwnie. Jak się później okazało, miało to zgubny efekt, ponieważ obsługa nie była w stanie wyrobić się z nalewaniem, a to generowało długie kolejki i nerwy. Dopiero wieczorem ktoś wpadł na pomysł, aby uruchomić jedno stanowisko bliżej wyjścia z terenu festiwalu, ale niesmak pozostał.
Oferta gastronomiczna również nie powaliła na kolana, wręcz zubożała, i tu nie odkryjemy Ameryki, jeżeli powiemy, że bardziej opłacało się wyjść po za festiwal i odwiedzić jeden z wielu punktów prowadzonych przez mieszkańców Goniądza, którzy oferowali dobre, regionalne jedzenie. Sami wybraliśmy się na grochówkę i babkę ziemniaczaną po drugiej stronie drogi od festiwalu i nie żałujemy.
Ale nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre. A na dobre wyjdzie to, że za rok ponownie zobaczymy się na bagiennej ziemi!
Poniżej macie przykładowe zdjęcia, a pełne albumy znajdziecie w sekcji galerie.
W przyszłości pojawi się również nasze aftermovie (kiedyś je zmontujemy!).














































































Tagi: