![Bangarang Festival 2026 [FOTORELACJA]](https://api.fleszevents.pl/uploads/gutalax_0104_b89351af0a.jpg)
„Bangaranga, bangaranga, bangaranga...” Aż dziw bierze, że ten motyw nie wybrzmiał podczas oficjalnego startu tegorocznej, siódmej już edycji Bangarang Festival. W końcu rzadko się zdarza, by zagraniczna gwiazda i triumfatorka Eurowizji dedykowała utwór kameralnemu, polskiemu festiwalowi, który odbywa się w polu kukurydzy w wielkopolskiej wsi.
Oczywiście to tylko żart, ale samo słowo „bangaranga” ma w sobie niesamowitą symbolikę. Oznacza wyzwolenie, wejście na wyższy poziom świadomości oraz triumf miłości nad lękiem. W bułgarskim slangu to z kolei synonim czystej radości, celebracji życia i nieskrępowanej zabawy. Trzeba przyznać, że idealnie oddaje to klimat imprezy w Chwałkowie!

Witamy w prawdziwym piekle
Wszyscy przeczuwali, że tegoroczna odsłona festiwalu przejdzie do historii jako wyjątkowo gorąca. Jak się jednak okazało, temperatury nie podgrzał wyłącznie świetny line-up. Prawdziwym, bezlitosnym przeciwnikiem uczestników stała się pogoda. Żar lejący się z nieba, absolutna „patelnia” i zero litości - termometry w słońcu wskazywały blisko 40°C, a w nielicznych zacienionych miejscach słupek rtęci dobijał do 35°C.
Do samego końca tliła się nadzieja, że tropikalny front ominie Wielkopolskę, ale prognozy sprawdziły się co do joty. Piątek był jeszcze względnie znośny, ale w sobotę już o 8:00 rano pot lał się z czoła przy ponad 30 stopniach. Moja taktyka na przetrwanie tych dwóch dni była bardzo prosta: solidne nakrycie głowy i mocny krem z filtrem (albo nie), szybki desant pod scenę i błyskawiczna ewakuacja na backstage w poszukiwaniu ratunku.
Wybawieniem okazał się absolutny Święty Graal tej edycji - bezalkoholowe India Pale Lager Mother In Law Pomelo od browaru Primator. Ogromne brawa dla szefa baru, Pawła, który z prawdziwym powołaniem gasił pragnienie nas wszystkich zmęczonych upałem.

Bangarangowy piątek: Od chillu po czarny metal i „aferę krzyżową”
Organizatorzy z Stowarzyszenia Dżentelmeni Metalu ponownie udowodnili, że nie zamykają się w jednej szufladzie gatunkowej. Przez dwa dni na scenie zaprezentowało się 15 zróżnicowanych formacji - od bezkompromisowego punka, przez ciężki metal, aż po roots reggae.
Piątkowy program otworzył pokaz finałowego odcinka miniserialu „Dżentelmeni z PGR-u” w reżyserii Szpilberga z SDM. Chwilę później Prezes wraz z ekipą oficjalnie zainaugurowali festiwal. My niestety spóźniliśmy się na sam start przez drobne problemy przy odbiorze akredytacji, ale szybko nadrobiliśmy zaległości.
Muzyczny maraton rozpoczął wrocławski skład Sandały Mariana ze Zbyszkiem „Pajęczyną” na wokalu, serwując surowy, oldschoolowy punk rock. Następnie scenę przejęła warszawska Gorgonzolla, wracająca na festiwal po raz drugi, a po nich zadebiutował projekt Nice Work (złożony z muzyków formacji Bachor oraz Podwórkowi Chuligani).

Od reggae do ekstremalnego uderzenia
Wieczorem klimat diametralnie się zmienił za sprawą grupy Tabu. Ich energetyczne reggae wprowadziło iście wakacyjny chillout. Jeśli jednak ktoś liczył, że w takim sielankowym nastroju upłynie reszta nocy, był w głębokim błędzie. Chwilę później sceną zawładnęła legenda rodzimej sceny ekstremalnej - Hate. Po klimatycznym, mrocznym intro warszawska ekipa uderzyła z pełną mocą, otwierając set potężnym „Bellum Regiis”. Trzeba przyznać, że tegoroczny grafik koncertowy Hate pęka w szwach. Jeśli po ich bangarangowym występie czujecie niedosyt ekstremalnych wrażeń, koniecznie zajrzyjcie do naszego portalu. W kalendarzu sprawdzicie, gdzie w najbliższych miesiącach uderzy jeszcze ekipa prowadzona przez Atf-Sinn.
Prawdziwe trzęsienie ziemi wywołał jednak finałowy występ blackmetalowej formacji Baalzagoth z Kostrzyna nad Odrą.

O co chodziło w „aferze krzyżowej”?
Podczas występu Baalzagoth doszło do podpalenia dwóch drewnianych rekwizytów przypominających krzyże. Był to element zaplanowanego performance'u nawiązującego bezpośrednio do historycznego tła utworu „Auto-da-fé” (czyli hiszpańskich procesów inkwizycyjnych).
Incydent błyskawicznie obiegł media społecznościowe, wywołując lawinę skrajnych komentarzy. Choć organizatorzy spodziewali się, że show wywoła dyskusję, skala internetowej burzy zaskoczyła chyba wszystkich. Pojawiły się głosy oburzenia i tradycyjne internetowe przepychanki. Jako redakcja stoimy na stanowisku, że sztuka nie powinna podlegać cenzurze, choć sam zabieg z krzyżami nie był niezbędny do stworzenia dobrego koncertu. Trzymamy jednak mocno kciuki za chłopaków ze Stowarzyszenia - robią kapitalną robotę i byłoby ogromną stratą, gdyby ta jedna sytuacja zaszkodziła przyszłości festiwalu (zwłaszcza że w planach są ambitne projekty, w tym integracja terenu z pobliską wodą!).
Pełne oświadczenie SDM oraz Baalzagoth dostępne jest tutaj.

Sobotnia patelnia i sanitarna rewolucja z Gutalax
Sobota przywitała nas jeszcze większym skwarem. Szacunek dla wszystkich zespołów, które musiały grać w pełnym słońcu już od godziny 13:00. Mimo ekstremalnych warunków, nikt nie odpuścił ani minuty ze swojego seta. Czapki z głów!
Dzień otworzyła legenda białostockiego punka – Power of Love. Po występie udało nam się uciąć z nimi pogawędkę w strefie ZIP, choć z przyczyn technicznych nagranie wideo z zaproszeniem na Rock na Bagnie zaginęło w akcji (profesjonalizm pełną gębą!). Kolejno na scenie meldowały się zespoły: Stalker, Garażowy Raj (tworzony przez ekipę z Zakręć Śmigłem), ADHD (młoda, gniewna krew, która już niedługo zaprezentuje się szerszej publice na Pol'and'Rock Festival), Bachor (istotny punkt line-upu w sercu Pancerżaby :>) oraz Podwórkowi Chuligani.

Czeski najazd na Ursusie
Gdy nastał wieczór, nadszedł czas na najbardziej osobliwe i szalone widowisko tej edycji. Pod sceną pojawili się fani przebrani w białe kombinezony ochronne, uzbrojeni w przepychacze do kibla, szczotki toaletowe i setki rolek papieru. To mógł być tylko jeden zespół - czeska ikona goregrindu, Gutalax!
Wejście smoka? Mało powiedziane. Muzycy dotarli pod samą scenę na potężnej beczce, którą ciągnął klasyczny, wysłużony Ursus prowadzony przez samego Prezesa SDM. To, co wydarzyło się podczas ich występu, po prostu wymyka się jakimkolwiek racjonalnym próbom opisu. Powietrze gęste od tysięcy latających rolek papieru toaletowego stworzyło krajobraz totalnego, postapokaliptycznego chaosu. Jeśli dodamy do tego solidną dawkę pirotechniki, charakterystyczne, grindcore’owe kwiki (tzw. pig squeal) oraz porcję specyficznego humoru, otrzymamy przepis na koncert idealny. Dziki mosh pit, circle pit i szalone „bujanie słoniną” trwały od pierwszych sekund do samego końca.
Wspominałem już o moim ogromnym podziwie dla kapel grających w tym niemiłosiernym skwarze? No to teraz przyjrzyjcie się tym dwóm dżentelmenom na zdjęciu poniżej. W tych szczelnych, wykonanych z polietylenu kombinezonach temperatura wewnątrz musiała być co najmniej trzykrotnie wyższa! Choć szczerze współczujemy ekipie, która musiała później doprowadzić ten teren do ładu, to jedno trzeba przyznać – zabawa była po prostu genialna!

Finałowe akordy dwudniowego szaleństwa należały do wrocławskiego składu Moyra oraz fińskich gości z Awake Again. Będąc całkowicie szczerym - występ skandynawskiej ekipy nie porwał mnie tak bardzo, jak zeszłoroczne show w wykonaniu Insanity Alert, choć trzeba im oddać, że goście z północy ostatecznie złapali właściwy rytm. Zmęczenie dało o sobie znać, dlatego końcówkę gigu oraz wieńczący festiwal pokaz fajerwerków odpuściłem, skupiając się na ładowaniu baterii przed nocną trasą powrotną do Wrocławia.
Do zobaczenia za rok!
Na sam koniec na scenie zameldowali się wszyscy organizatorzy i wolontariusze. Prezes wręczył pamiątkowe, festiwalowe statuetki osobom zasłużonym dla tej edycji, wykonano tradycyjne wspólne zdjęcie i 7. edycja Bangarang Festival oficjalnie przeszła do historii. Mamy nadzieję, że za rok znów spotkamy się w Chwałkowie - oby w nieco chłodniejszych okolicznościach przyrody!
Pełną fotorelację z obu dni festiwalu znajdziecie w naszych galeriach.
I czekajcie na materiał wideo z Bangarang (kiedyś go zmontujemy xD).














































Tagi: